Po co to piszę? Bo potrzebowałem odpowiednio skalibrowanego wstępu żeby opisać to, co męczyło mnie od bardzo, bardzo dawna, a co uświadomiłem sobie całkiem niedawno, mianowicie czego się boję. A może lękam?...
Kiedy byłem młodszy uważałem że nie boję się niczego. To, że podskoczę lub drgnę kiedy wyskoczysz z szafy z zakrwawionym nożem w momencie kiedy się tego nie spodziewam, nie jest objawem strachu, tylko zaskoczenia, a pierwsze pytanie jakie sobie zadam nie będzie: "Kurczę, zaraz zginę, ciekawe czy będzie bolało?", tylko raczej coś w stylu: "Co do cholery robiłeś w mojej szafie z tym śmiesznie małym nożem?".
Później jednak zdałem sobie sprawę z faktu, że jest coś czego się boję. I nie jest to śmierć, bo nie ma sensu się bać czegoś, co jest nieuniknione. A przynajmniej ja tak sądzę. Bałem się że zostanę sam, że cała moja rodzina, przyjaciele i otaczający mnie ludzie zaczną znikać jeden po drugim, bez słowa wyjaśnienia czy choćby usprawiedliwienia. Po prostu, jak za sprawą magicznej różdżki, pstryknięcia palcami lub czegoś podobnego. Bałem się samotności jak... I tu cholera brakuje mi porównania.
Dzień, a może dwa dni temu... w każdym bądź razie w przeciągu tego tygodnia, kiedy uświadomiłem sobie że samotność jest już stałą częścią mnie, wręcz moim synonimem, przestałem się jej bać. Bo tak jak już kiedyś wspominałem, boimy się rzeczy których nie znamy lub nie mamy z nimi styczności, a wspomnienia czy sama myśl o nich wywołuje niezdrowe reakcje. A ja się po prostu przyzwyczaiłem. Nie, nie pogodziłem się z tym, a przyzwyczaiłem.
Ale do rzeczy. Kiedy próbowałem zasnąć, jak zwykle w jednej z moich karkołomnych póz godnych prawdziwych magików ludzkiego ciała, usłyszałem trzask. Niby nic dziwnego. doskonale wiem, że czasami kości mi strzelają jakoby z nudów. Ale po chwili zorientowałem się, że to moje śmiesznie nieistotne problemy (przynajmniej w oczach innych za takie czasem uchodzą) przygniatają mnie i miażdżą mi powoli kości. Dzień po dniu, minimetr po minimetrze, prozaiczność dnia przytłacza coraz bardziej. Kiedy za każdym razem kiedy wstajesz z łóżka boisz się postawić nogi na ziemię, z obawy przed potworami codzienności mieszkającymi właśnie pod tym łóżkiem, gotowymi w każdej chwili wciągnąć cie za nogi do swojej kryjówki i wypić ci mózg przez słomkę.
Boję się życia. A może rzeczywiście to jest bardziej lęk? Nie ważne, tylko psychpoatologia odróżnia te dwa terminy, normalnie można używać tych dwóch słów jako zamienniki.
A więc, dlaczego boję się życia i codzienności? Nie wiem. Tak jest, a jak jak na razie nie potrafię nic z tym zrobić. Życie spełnia wszystkie moje osobiste kryteria pozwalające je zakwalifikować jako przedmiot strachu.
- Po pierwsze: nie znam go. Tak wiem, mam z nim do czynienia na co dzień. Ale mam wrażenie, że nie ze swoim. Zaskakuje mnie każdego dnia, jak nic innego na świecie. Zero powtórzeń, zero schematów. Nie do zrozumienia, nie do ogarnięcia. Wymykające się mi z rąk jak mydło recydywiście pod więziennym prysznicem.
- Po drugie: nie da się go wytłumaczyć, zawrzeć w karby logiki.
I tym oto pozytywnym akcentem, kończę na dziś, idę walczyć z moim smokiem codzienności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz