poniedziałek, 1 maja 2017

Wspaniały weekend

Zaczęło się w piątek. Pobudką o czwartej rano, czyli o godzinie, o której ludzie normalni w takim samym stopniu jak ja kładą się spać. Musiałem jechać do dość oddalonego od akademików miasta celem załatwienie pewnych spraw ciągnących się za mną już zdecydowanie za długo.
Świadom wczesnej godziny w takim samym stopniu jak faktu, że o tej porze tramwaje nie kursują, wyjrzałem za okno. Leje jak z cebra. Po prostu zaj€bi$cie. Nie zrażony tym faktem, dzielnie zebrałem niezbędne mi rzeczy i wyszedłem w kierunku dworca. Muszę częściej wychodzić o tej porze na spacer, żywej duszy na ulicy, niczym nie zmącany spokój... tak bym pomyślał, gdyby z odmętów mojej świadomości nie wytrącił mnie pojawiający się znikąd samochód ochlapując mnie całą zawartością pobliskiej kałuży...
Szczęśliwie (i o dziwo w jednym kawałku) dotarłem do końca pierwszego etapu mojej podróży.
Zająłem swoje miejsce w pociągu i nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń udałem się w objęcia Morfeusza. Jakież było moje zdziwienie, gdy się obudziłem i nie byłem sam w przedziale. Ośmioosobowy przedział, rezerwacja z wyprzedzeniem, siedząc na środku przedziału ktoś złośliwie dopieprzył mi dwa mohery po bokach. I tak do końca podróży. Całą drogę ani się ruszyć, bo je szturcham łokciami, ani muzyki posłuchać, bo (pomimo słuchawek) za głośno, ani wyjść na korytarz, bo każda z osobna skutecznie mogły by robić za tamy przeciwpowodziowe.
Na szczęście dotarłem, wsiadłem w mieście w odpowiedni autobus, dojechałem w pobliże zwieńczenia mojej podróży życia po czym się zgubiłem. W myśl złotej zasady: "kto pyta nie błądzi" postanowiłem się spytać o się drogę tego miło wyglądającego pana nadciągającego z naprzeciwka. Błąd. Nie tylko nie wysłuchał mojego pytania, ale jak tylko mnie ujrzał zaczął uciekać. Zaskoczony obrotem sytuacji zareagowałem równie nieadekwatnie co mój niedoszły rozmówca: roześmiałem się jak kretyn, po czym dość głośno i wyraźnie powiedziałem: Widzę, że jednak nie należę do osób wzbudzających zaufania!
Końcówka dnia minęła mi na dotarciu do rodzinnej wsi celem odwiedzenia dawno nie widzianych babci, dziadka i wujka.
Sobota bez rewelacji, jak każdy normalny dzień na wsi spędziłem pomagając w czymkolwiek tylko się dało. Wieczorem tylko pozwoliłem sobie na spacer na cmentarz, w końcu dawno tatusia nie odwiedzałem. Po drodze zastanawiałem się, jak to jest, że przez cała drogę minęły mnie zaledwie dwa samochody, a nad głową przeleciało sześć śmigłowców, jeden górnopłat i jeden odrzutowiec zwiadowczy.
Niedziela, czas wracać. Cały przedział w pociągu zapchany, tłok że ja pi!€rdo€l€. Logicznym więc wydawała mi się myśl, która przemknęła mi przez głowę: spokojnie, do przesiadki masz równe 370 km, na pewno się przerzedzi. ₡huj@ tam. Wszyscy wysiadali tam gdzie ja. Ale nie o tym chciałem wspomnieć. Niedaleko naszego przedziału kręcił się pijak i robił raban. Co w tym dziwnego? Może to, że miał na oko nie więcej niż osiemnaście lat i zarzekał się, że pi€rd0l! maturę i wyjeżdża za granicę. Gdzie? A gdzie może chcieć wyjechać buntownik idealista jego pokolenia? Oczywiście, do mekki równości tolerancji i ogólnie pojętego szczęścia. Tak, wspominał coś o Holandii. Wspominał również o innej rzeczy, która mnie osobiście wielce zaintrygowała. Znalazł jakiegoś kolesia z jego przedziału wiekowego i wdał się z nim w dyskusję, w której stwierdził, że jest znaną osobistością w mieście w którym mieszka i jak pstryknie palcami, to w każdym momencie/miejscu/czasie ma za sobą masę ziomeczków godowych oddać w jego obronie życie. Co w tym mnie tak zaintrygowało? Otóż głowiłem się, czy jakbym teraz, w tym momencie, w tym pociągu, podszedł i wyłożył mu prostego w twarz, czy rzeczywiście ci jego "ziomeczkowie" by się pojawili. Ale ja po prostu mam zbyt sielankowe życie żeby zastanawiać się nad czymś innym niż tego kalibru pierdoły. 
Dotarłem w końcu do miejsca przesiadki. Kupiłem już bilet, mam czas, około czterdziestu minut. W związku z tym, że jestem nałogowcem wiedziałem zatem jak ten czas spożytkuję.
W tym momencie stało się tyle ciekawych rzeczy, że można by o tym książkę napisać, ale tylko w punktach wymienię w kolejności jakiej to zapamiętałem:
  1. W momencie kiedy schylałem się do torby po papierosa, jakiś nawiedzony deskorolkarz (nie wiem jak to się poprawnie w slangu nazywa) potkną się o moją wystającą nogę,
  2. Podszedł do mnie około dziesięcioletni szczyl i poprosił o papierosa. Moja odpowiedź nie powinna być trudna do odgadnięcia ("A mama wie?"),
  3. Teraz dla odmiany podeszła do mnie żeńska wersja dworcowego kloszarda z prośbą o "szścierśći grszy". Odpowiedziałem, że nie pomogę pomóc, bo pieniądze posiadam jedynie na karcie,
  4. Następnie zaczepił mnie jakiś osobnik narodowości rosyjskiej/ukraińskiej i kulturalnie spytał: "Gawarit pa ruski?". Odpowiedziałem w pełni szczerze i pełen dobrych intencji, aczkolwiek nie do końca pełen świadomości wypowiadanych przeze mnie słów: "Niet. Paszoł w żopu",
  5. W tym momencie doszedłem do wniosku, że stanąłem pod szyldem głoszącym "Tu dostaniesz papierosa". Podchodzi do mnie modelowa rodzina. On: z czapeczką na bakier, gęstym zarostem i podbitym okiem, ona: tleniona blondynka z zezem, krzywymi zębami i prowadząca wózek z dzieckiem, które niewątpliwie wiele odziedziczyło z urody matki. Samiec się odzywa (muszę zaznaczyć, że niespodziewanie grzecznie i pełnymi zdaniami): "Przepraszam, miałby pan może odsprzedać papierosa?". Powiedziałem, że owszem, ale niech obieca, że nie będzie palił przy dziecku. A,i że nie chcę pieniędzy. "Ależ oczywiście, to się rozumie" po czym wcisnął mi do ręki czterdzieści groszy mówiąc na odchodne, że z daleka widać we mnie biednego studenta.
  6. Zgadnijcie, kto teraz do mnie podszedł. Tak, dokładnie, bohaterka punktu trzeciego! Kręciła się cały czas w pobliżu łypiąc co jakiś czas w moim kierunku. "Ale traz masz szścierśći grszy, kochaneczku". Ale za ta nie mam czasu, pociąg mi przyjechał więc oddaliłem się do pociągu.
To wszystko w czasie krótszym niż dwadzieścia minut.
Po tym wszystkim co przeszedłem, od piątku do niedzieli, po spotkaniu z matką usłyszałem tylko jedno, zbijające mnie z tropu pytanie: Paliłeś?
A na koniec dnia prawdziwa petarda. Podczas wieczornego spaceru z siostrą zaczepił nas pewien pan. Konspiracyjnie rozejrzał się wokół i rozchylając połę płaszcza wyciągnął keczup łagodny z tortexa z pytaniem: Chcecie może, świetna cena, jedyne złoty pięćdziesiąt, świetny na grilla... Mniej by mnie zaskoczył jakby narkotyki albo dopalacze sprzedawał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz