Znowu dawno niczego kreatywnego nie stworzyłem. I nie chodzi tu tylko o wpisy na moim śmietniczku myśli. Ale i tak jest zaje*%$cie. Wypocę teraz w kilku słowach co mnie ostatnio spotkało i dlaczego mnie to teraz tak napełnia pozytywami.
Zostałem wydalony z akademika. Oficjalny powód? Spożywanie alkoholu na terenie akademika i ściąganie do pokoju "podejrzanych" ludzi. Cóż, nie powiem, że jestem bez winy, ani że jestem ofiarą bezlitosnego aparatu administracyjnego. W stu procentach zasłużyłem na los który mnie spotkał sprowadzając mnie do realnego życia jak rozpędzony pośpieszny sprowadza kolejne dusze samobójców w zaświaty. Denerwowało mnie tylko bezlitosne wypominanie mi tego przez znajomych na każdym kroku, którzy niby to w dobrej wierze jeszcze mi wytykali i wypominali moje błędy życiowe wbijając w ten sposób kolejne szpile bolesnych uwag w moją skołotaną psychikę. Bo skończyłem praktycznie bez dachu nad głową z wiszącą nade mną groźbą zapowiadającą, że ten stan się nie zmieni przez długi czas. Pomógł mi pewien miejscowy kloszard udzielając mi schronienia w swoim mieszkaniu. W tym miejscu chciałbym go z całego serca pozdrowić i życzyć mu szczęścia. Ale do rzeczy.
Żeby się wyzerować, uspokoić i odpocząć od realnego życia wybrałem się z grupką znajomych na jeden z bardziej (o ile nie najbardziej) znanych festiwali na terenie naszego kraju. Oczywiście wybraliśmy się na miejsce jedynym słuszny środkiem transportu, pociągiem.
Podczas integracyjnego spożywania alkoholu z pozostałymi festiwalowiczami zapodział się gdzieś nie tylko mój bagaż, ale też hamulec powstrzymujący mnie przed doprowadzeniem do stanu kompletnej nieużyteczności. W poszukiwaniu swoich tobołków udałem się więc w pełną wzlotów i upadków pasjonującą i pełną przygód podróż po pociągu. Bagaż znalazłem, zgubiłem za to towarzyszy podróży. Więc powtórka z rozrywki. Po kilku takich kursach stałem się podobno jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w pociągu. Kiedy już udało mi się wszystko ogarnąć, znaleźć bagaż, kumpli, postanowiłem najzwyczajniej się przejść. W pewnym momencie jakaś nieznana prawom fizyki siła rzuciła mną w kierunku dolno-prawym w okolice jakiejś dziewczyny. Łatwo się domyślić, że nie była jakoś specjalnie zachwycona moją obecnością, nie mniej zacisnęła zęby i zniosła moją obecność jak prawdziwy mężczyzna. Podobno się opłaciło. Po fatalnym pierwszym wrażeniu moja postać zaczynała powoli nadrabiać ujemnie punkty między innymi zdolnością składania origami, co w moim ówczesnym stanie było nie lada wyzwaniem, biorąc dodatkowo pod uwagę poziom skomplikowania figurki...
Krótka migawka i w końcu, jakimś cudem dotarliśmy na miejsce. Rozbiliśmy namioty i zaczęliśmy się raczyć piwkami. Przy okazji wspomnę, że koleżanka która musiała znosić moje towarzystwo w pociągu chętnie przystała na propozycję dołączenia do naszego obozu. Pomogliśmy jej rozłożyć namiot, co nawiasem mówiąc było trudniejsze niż pierwotnie zakładaliśmy. Efekt końcowy naszej pracy można było śmiało porównać z wytworem pająka po sporej dawce LSD. Poddaliśmy się i poszliśmy z powrotem na piwo, ustalając, że nasza nowa koleżanka będzie spała w namiocie ze mną i z kumplem. Przeraziła mnie szybkość z jaką przystała na tą propozycję.
Zmieniając temat, chciałbym w tym miejscu napomnieć, że nigdy nie byłem wielkim fanem zieleniny. Rozumiem, wszystko jest dla ludzi, ale mnie wystarczy, że popijam piwem każdego kolejnego papierosa. Jednak za namową naszej nowej towarzyszki dałem się skusić. Wprawdzie niewiele to zmieniło w moim poglądzie na ten temat, ale i tak nie żałuję.
A co powiedział "burmistrz" naszego obozowiska kiedy zorientował się że mamy nowego członka naszej społeczności?
- Kim ty ku*w@ jesteś? Przyszłaś tutaj, siedzisz z nami, kręcisz blanty, nikt cię nie zna. Weź się chociaż przedstaw.
Owszem, przedstawiła się. Po cztery razy, wszystkim razem i każdemu z osobna. Nic to nie dało.
Jako przerywnik powiem, co usłyszałem od jednego z uczestników festiwalu który zaczepił mnie jak wyszedłem na niewinny spacerek: "Boisz się kleszczy roznoszących zapalenie opon mózgowych? A może muszek Tse-tse? Zapomnij o nich. Bój się tutejszych komarów. One roznoszą kiłę i HIV".
Tjaa...
Wybawiliśmy się, wyszaleliśmy, trzeba się powoli godzić z myślą, że pora wracać do realnego świata. Nie uśmiechało mi się to, ani trochę. Bałem się utraty nowych znajomości które były dla mnie tak cenne. Ale co poradzę. Wracamy.
Wspominałem w jakiej sytuacji byłem przed wyjazdem. Poważnie się zastanawiałem nad tym, żeby nie wracać. Od tego pomysłu odwiódł mnie od tego pomysłu (pośrednio) dodatek do mojej nadziei który się do mnie przytulał w namiocie przez te kilka dni słowami: "Jak zwolni się u mnie na mieszkaniu pokój, to dam ci znać, zawsze będzie weselej być w pokoju z kimś tak pokręconym jak ja". Czy jakoś tak...
Skąd w takim razie ten przewrotny tytuł? Bo jestem kutym na cztery kopyta farciarzem. Wróciłem z festiwalu z dziewczyną, na którą śmiało mogę przelewać wszystkie pozytywne emocja jakie się we mnie kumulowały przez te wszystkie lata, używać względem jej słów z mojego czerwonego słownika bez ryzyka o ich zmarnowanie i mam dach na głową. A jak opowiada znajomym o naszym pierwszym spotkaniu?
- Szedł jakiś w ch#j n@j€bany koleś, zatoczył się w moim kierunku i tak został.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz