Zacznę delikatnie, od cholernie motywujących słów wypowiedzianych w moim kierunku przez moją kochaną rodzicielkę po powrocie z mojej nieudanej wyprawy mającej na celu zdanie jednego z zaległych moich egzaminów: "Wiesz co, olej tą naukę, ty się do tego nie nadajesz, znajdź sobie normalną robotę. W zasadzie i tak nie znajdziesz pracy w zawodzie". To się nazywa motywacja, właśnie tego k#rwa w tamtym momencie potrzebowałem.
Po oblanym z głupiego powodu egzaminu, bo nauczyłem się nie tego zakresu materiału. Opatrzność widocznie tak chciała.
Do rzeczy, ostatnimi czasy dużo ciekawych rzeczy mnie spotkało. Zostałem wydalony z akademika, okradziony w tramwaju, wali mi się na studiach (fakt, sam mam w tym niemały udział), praktycznie jestem bez pracy, wywalono mnie z mieszkania w którym mieszkałem (w tym miejscu z kolei choćbym nie wiem jak się starał nie mogę dostrzec swojej winy), zostałem pobity, rodzicielka oskarża mnie o alkoholizm... Oczywiście, nie w takiej kolejności wydarzenia miały miejsce, wiadomo.
Pod wpływem tych wszystkich okoliczności postanowiłem rzucić to wszystko w pierony, mieszkanie w miejscu studiów, ch#jową pracę, zastanawiałem się nawet nad przedterminowym zakończeniem samych studiów. Ale niedawno spotkało mnie coś, co zapaliło w moim sercu światełko nadziei.
Pod wpływem nacisku mamy, zapisałem się na terapię. Ma ona na celu ustalenie czy rzeczywiście jestem alkoholikiem, w jakim stopniu i oczywiście ustalenie ewentualnego programu pomocy. Nie ukrywam, wybrałem się tam z nieukrywaną chęcią i ekscytacją. Byłem pierońsko ciekaw tego co usłyszę, chciałem to skonfrontować z moją wiedzą na ten temat ze studiów i przeczytanej literatury.
Jak się spodziewałem, nie usłyszałem niczego co by mnie zaskoczyło. Nie chcę tu zostać źle zrozumiany, bardzo miło mi się z panią rozmawiało (dodatkowo powiem, że pani terapeutka bardzo mi przypomina moją byłą panią doktor z uczelni, tak samo bezpośrednia i roztaczająca specyficzną, pozytywną aurę wokół siebie), nie ukrywam, że taka rozmowa była mi potrzebna. Doszliśmy z panią do wspólnego wniosku (no, może nie do końca, musiała mnie trochę przekonać), że nie jestem alkoholikiem. Mam tylko delikatne skłonności do nadużywania alkoholu. Następnie podczas przeprowadzania rozmowy raczyła mnie co jakiś czas komplementami typu: w bardzo składny sposób się wypowiadasz, sprawiasz wrażenie osoby bardzo otwartej i empatycznej, jesteś bardzo grzeczny i dobrze wychowany...
Trochę tego było. Bardzo nie lubię kiedy ludzie mnie komplementują, moja chora podświadomość doszukuje się w tym fałszu i chęci manipulacji ze strony osoby mnie komentującej. Nie mniej zaskakująco miło się tego słuchało. Ale najlepsze na koniec. Kiedy pani dowiedziała się na jakim kierunku studiów jestem stwierdziła: "Jeśli nie skończysz tych studiów to może być niepowetowana strata dla tej dziedziny". Poprawiło mi to humor do końca tego dnia i kawałka następnego.
Na koniec, dla jeszcze mocniejszego efektu motywującego i poprawiającego humor, dodam, że aparat w nowym telefonie mojej siostry ma możliwość ustalania wieku na podstawie twarzy. Według tego cudeńka techniki, jestem młodszy od swojej siostry o dobre kilka lat. Chiński bubel.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz