Ostatnio opatrywałem sobie niewielką rankę, umiejscowioną koło blizny na palcu, kiedy to mało nie uciąłem sobie palca (dość znana historia, tak mi się zdaje).
Zauważyłem coś niepokojącego, mianowicie stosunkowo duże zgrubienie względem całej ranki, dodatkowo dziwny fioletowy wykwit wokół. Pchnięty ciekawością, przebiłem draństwo igłą (oczywiście zdezynfekowaną wcześniej w spirytusie salicylowym), po czym jakaś dziwnie śmierdząca, żółtawa, gęsta ciecz prysnęła mi w oko (swoją drogą byłem niemało zaskoczony ciśnieniem z jakim wspomniane cholerstwo zaatakowało moje oczy).
Pamiętam, kiedy dość dawno temu sam mówiłem o sobie, że niczym ten pęcherzyk pod wpływem ataku igłą z mojej strony, tak wszystkie negatywne skumulowane we mnie emocje pod wpływem jakiejś losowej, nieprzewidzianej sytuacji ze strony mojego szeroko rozumianego otoczenia wystrzeli i zacznie żyć swoim życiem. Jak jakiś wewnętrzny pasożyt zabijający swojego żywiciela aby odtąd żyć poza jego ciałem.
A może nie to miałem na myśli, może to te niewykorzystane w większości pokłady pozytywnych emocji, które zalegając w głębi mojej przekiśniętej osobowości nie mając ujścia, będą się zbierać niczym wspomniana ropa/żółć na palcu i w końcu cienka wytrzymałość tego niezrozumiałego tworu utrzymującego to całe cholerstwo na uwięzi pęknie zalewając resztki moich pozytywnych cech śmierdzącą mazią?
Czasami mam wrażenie, że to jednak ten drugi scenariusz jest bardziej prawdopodobny, pomimo tego, że jest to podejście bez porównania bardziej egocentryczne (widzicie? it's begins...).
Ostatnio znów za dużo sytuacji się u mnie zadziało i nie wszystkie były dobre (czuję się teraz jak jeden z tych zawsze użalający się nad sobą gimnazjalistów, którymi zresztą tak zawsze gardziłem, nawet w czasach kiedy sam należałem do tej części populacji szkolnej), ale też nie wszystkie były złe. Fakt, mam mały problem z jednoznacznym sklasyfikowaniem sytuacji, gdy wspomniały mi się piękne, szczeniackie czasy kiedy to konsekwencje swoich czynów nie były tak dotkliwie i bezpośrednio odczuwalne. W tamtej chwili czułem się świetnie, jednak po usłyszeniu co mnie czeka za ten pozornie niewiele znaczący wybryk poczułem brutalnie wręcz miażdżący ciężar odpowiedzialności za własne czyny. A żeby było śmieszniej, do tej pory nie ma jednoznacznego rozwiązania tejże sytuacji. Jednak powrót na łono domów studenckich nie do końca okazał się trafionym pomysłem, ale cóż, tego już się nie cofnie. Podchodzę na chwilę obecną do tego z typową dla siebie lekceważącą akceptacją. Ale czy to zdrowe?
Czas pokaże.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz