Jest tego więcej, ale nie chce mi się przepisywać całej ulotki, mogłem zamiast ją czytać wyje*ać od razu do śmieci.
Także jeśli masz podobne problemy, nie czekaj na wizytę u psychiatry na NFZ, bo jedyne co zrobi to przepisze Ci leki które mogą zwiększyć częstotliwość/nasilenie twoich problemów. Ja usłyszałem: "Jak mam panu pomóc, skoro nie chce pan przyjmować leków?". Nie wiem, to nie ja jestem lekarzem. Ale faszerowanie się lekami które w moim odczuciu nie dają żadnych skutków nie jest chyba najlepszym wyjściem. A może to nie jest choroba, może nic mi nie jest, może taki po prostu jestem? Może wyobrażanie sobie jak wyglądałby świat beze mnie nie jest przejawem myśli samobójczych, może wyobrażanie sobie sytuacji w których zarzynam drażniących mnie w autobusie ludzi po ciężkim dniu nie jest przejawem jakiejś nieprawidłowości psychicznej, może huśtawki nastrojów w moim przypadku nie jest niczym nadzwyczajnym? Może tak po prostu wygląda moja norma?
Kiedy ostatnio przyznałem się jednej ze znajomych mi osób że jadę na antydepresantach zwrócona mi została uwaga, że powinienem bardziej uważać, że mogę tylko bardziej dopracować sobie wątrobę, że powinienem bardziej o siebie dbać, wezbrała we mnie fala nieopisanej złości: Co Cię do jasnej cholery obchodzi MOJA wątroba, MOJE zdrowie?! Będę chciał, to je rozpier*lę, może nawet w bardziej widowiskowy sposób... W ostatniej chwili powstrzymałem się przed powiedzeniem tego na głos, zraniłbym przecież jedną z niewielu osób które się o mnie martwi, poniekąd dba, co najważniejsze nie opuściła mnie kiedy najbardziej potrzebowałem pomocy. Mam nadzieję, że nawet nie dało się poznać po mnie jaka walka się toczyła we mnie podczas tej niewinnej i sielankowej rozmowy.
Z cichą nadzieją czekam, aż podczas kolejnej wizyty pani psychiatra stwierdzi: "Wie pan co, może życie jednak nie jest dla wszystkich....".
Kiedy ostatnio przyznałem się jednej ze znajomych mi osób że jadę na antydepresantach zwrócona mi została uwaga, że powinienem bardziej uważać, że mogę tylko bardziej dopracować sobie wątrobę, że powinienem bardziej o siebie dbać, wezbrała we mnie fala nieopisanej złości: Co Cię do jasnej cholery obchodzi MOJA wątroba, MOJE zdrowie?! Będę chciał, to je rozpier*lę, może nawet w bardziej widowiskowy sposób... W ostatniej chwili powstrzymałem się przed powiedzeniem tego na głos, zraniłbym przecież jedną z niewielu osób które się o mnie martwi, poniekąd dba, co najważniejsze nie opuściła mnie kiedy najbardziej potrzebowałem pomocy. Mam nadzieję, że nawet nie dało się poznać po mnie jaka walka się toczyła we mnie podczas tej niewinnej i sielankowej rozmowy.
Z cichą nadzieją czekam, aż podczas kolejnej wizyty pani psychiatra stwierdzi: "Wie pan co, może życie jednak nie jest dla wszystkich....".
Na dodatek wszystko mnie ostatnio boli, wszystko mi przeszkadza. Bóle mięśni, stawów, narastające zmęczenie... Zaniepokojony tym poszedłem do lekarza ogólnego, ten zlecił podstawowe badania diagnostyczne na podstawie których można by stwierdzić, na czym stoimy.
Badania zrobiłem, kiedy przyszły wyniki poszedłem do lekarza żeby mi powiedział ile mi zostało. Czekam w kolejce cierpliwie, przede mną został już tylko jeden pan - sympatycznie wyglądający staruszek w koszuli. Pomyślałem, że zapytam czy mnie przepuści, w końcu to tylko odczytanie wyników... Ale ktoś wpadł na ten pomysł pierwszy: zapytany o możliwość przepuszczenie w kolejce staruszek wpadł w taki szał, że wszyscy w kolejce zaczęli bać się o swoje życia, nie ma się więc co dziwić, że przeszła mi chęć jakiejkolwiek interakcji z tym panem. Po przeczekaniu kolejnej godziny w końcu nadeszła moja kolej. Piętnasto sekundowa wizyta, podczas której dowiedziałem się, że jestem okazem zdrowia. Serio, po tych prawie dwóch godzinach czekania, zmęczony po nocnej zmianie mam wrażenie, że poczułbym się lepiej słysząc że mam raka, jest nieoperacyjny i został mi maksymalnie miesiąc życia. A tak wychodzę na hipochondryka.
Dodatkowo tydzień temu musiałem iść na wyrwanie zęba. Niby problem z głowy, bo zęba nie ma, ale jak przypomnę sobie tą wręcz epicką walkę dentysty z tymże zębem... O jak biedny doktorek walczył ze sobą żeby przy pacjencie nie puścić wiązanki życia...
Ale udało się, problem z głowy. Otóż nie, dziąsło rozerwane do granic pojmowania boli niemiłosiernie i to pomimo leków przeciwbólowych łykanych z częstotliwością porównywalną chyba tylko z łykaniem podczas oralu przez galerianki.
Dodatkowo wystarczy delikatne muśnięcie tego dziąsła żeby ból wzrósł dziesięciokrotnie. Co za tym idzie, nie mogę jeść tego co chcę, w takich ilościach jak chcę. A wiadomo, Polak głodny, Polak zły.
Dlatego kolega z pracy się na mnie obraził kiedy zaproponował mi, że przy wyjściu z zakładu odbije się przede mną: "Chyba głową od ściany. Wypier*laj na koniec kolejki!".
A wcześniej nie byłem taki wybuchowy. Ale dentysta powiedział że to minie, po zaledwie ośmiu tygodniach. Należy tu zaznaczyć, że za wizytę musiałem płacić, bo na NFZ nie ma już zapisów do końca roku.
Także biorąc pod uwagę rzeczy o których pisałem wcześniej, miejmy nadzieję, że wszystko skończy się dobrze i szczęśliwie. Życzcie mi szczęścia i wytrwałości.
Badania zrobiłem, kiedy przyszły wyniki poszedłem do lekarza żeby mi powiedział ile mi zostało. Czekam w kolejce cierpliwie, przede mną został już tylko jeden pan - sympatycznie wyglądający staruszek w koszuli. Pomyślałem, że zapytam czy mnie przepuści, w końcu to tylko odczytanie wyników... Ale ktoś wpadł na ten pomysł pierwszy: zapytany o możliwość przepuszczenie w kolejce staruszek wpadł w taki szał, że wszyscy w kolejce zaczęli bać się o swoje życia, nie ma się więc co dziwić, że przeszła mi chęć jakiejkolwiek interakcji z tym panem. Po przeczekaniu kolejnej godziny w końcu nadeszła moja kolej. Piętnasto sekundowa wizyta, podczas której dowiedziałem się, że jestem okazem zdrowia. Serio, po tych prawie dwóch godzinach czekania, zmęczony po nocnej zmianie mam wrażenie, że poczułbym się lepiej słysząc że mam raka, jest nieoperacyjny i został mi maksymalnie miesiąc życia. A tak wychodzę na hipochondryka.
Dodatkowo tydzień temu musiałem iść na wyrwanie zęba. Niby problem z głowy, bo zęba nie ma, ale jak przypomnę sobie tą wręcz epicką walkę dentysty z tymże zębem... O jak biedny doktorek walczył ze sobą żeby przy pacjencie nie puścić wiązanki życia...
Ale udało się, problem z głowy. Otóż nie, dziąsło rozerwane do granic pojmowania boli niemiłosiernie i to pomimo leków przeciwbólowych łykanych z częstotliwością porównywalną chyba tylko z łykaniem podczas oralu przez galerianki.
Dodatkowo wystarczy delikatne muśnięcie tego dziąsła żeby ból wzrósł dziesięciokrotnie. Co za tym idzie, nie mogę jeść tego co chcę, w takich ilościach jak chcę. A wiadomo, Polak głodny, Polak zły.
Dlatego kolega z pracy się na mnie obraził kiedy zaproponował mi, że przy wyjściu z zakładu odbije się przede mną: "Chyba głową od ściany. Wypier*laj na koniec kolejki!".
A wcześniej nie byłem taki wybuchowy. Ale dentysta powiedział że to minie, po zaledwie ośmiu tygodniach. Należy tu zaznaczyć, że za wizytę musiałem płacić, bo na NFZ nie ma już zapisów do końca roku.
Także biorąc pod uwagę rzeczy o których pisałem wcześniej, miejmy nadzieję, że wszystko skończy się dobrze i szczęśliwie. Życzcie mi szczęścia i wytrwałości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz