czwartek, 12 grudnia 2013

Kolejny niepokojący sen

Wstałem rano, i półprzytomny od razu zapisałem na pierwszym lepszym kawałku papieru tym co wpadło mi w ręce. Mój sen.
Zostałem zesłany z powrotem na ziemię, jako kara za nieprawidłowe życie i pozaprogramowe przedwczesne jego zakończenie (czego nie byłem świadomy). Wyglądałem mniej więcej jak współczesne wyobrażenie śmierci, z kilkoma drobnymi szczegółami: Z otworów w czaszce wydostawały się języki ognia, ubrany byłem w długi skórzany płaszcz z kapturem, na nogach miałem wysokie buty za kolana zapinane na klamry. W rękach trzymałem wielką kosę, której ostrze jaśniało niezwykłą poświatą. Wokół mnie roztaczała się dziwna, lodowata aura, niepozwalająca moim ofiarom uciekać. Ale nie było takiej potrzeby, byłem najszybszy wśród Wyklętych. Tak, było nas więcej.
Na czym polegała kara? I tu zaczyna się robić dziwnie. Miałem zabijać ludzi, żeby móc dalej przeżyć. Za każdego człowieka dostawałem kolejne 7 sekund życia...
Zastanawiałem się czemu moim orężem jest właśnie kosa. Ktoś mi powiedział że to jest odniesienie do sposobu w jaki nieplanowo zakończyłem własną właściwą ziemską egzystencję. Co?! To znaczy że popełniłem samobójstwo? Tak, powiedział mi ktoś inny. Poderżnąłeś sobie gardło kosą właśnie.
"No ładnie. Pewnie chciałem się wymigać od sianokosów albo czegoś w tym stylu. W sumie to by do mnie pasowało", pomyślałem.
Nie pojmowałem tej kary, biorąca pod uwagę że jestem człowiekiem o dziwnych zamiłowaniach do ostrych przedmiotów i ogólnie pojętej broni białej.
Z niepokojem muszę stwierdzić, że na początku nawet mnie to bawiło. Mimo wszystko nie wpadłem w szał zabijania, zachowałem odrobinę zdrowego rozsądku niepozwalającego mi między innymi zbliżać się do kobiet w ciąży.
Zacząłem rozumieć sens kary dopiero po uzyskaniu kolejnej minuty życia...
Wśród otaczających mnie ludzi byli moi krewni, ci dalsi i ci bliżsi. A ja nie wszystkich zdążyłem zauważyć. Ale znalazłem na to sposób: zamiast zabijać dla przedłużenia własnego życia, bezboleśnie zabierałem część życia "ofiary". Oczywiście przelicznik był podobny jak w przypadku zabijanie: za każdy skradziony rok życia otrzymywałem w przybliżeniu 1,5 sekundy. "Ale jaki był tego sens, nie widzę większej różnicy" powie jakiś sceptyk. Otóż różnica była i to znaczna. Skradzione w ten sposób życie mogło wrócić do swojej pierwotnej... objętości. Ale to już zależało tylko i wyłącznie od mojej ofiary. Postępując w zgodzie z sumieniem i moralnością mogli sprawić, że skradzione życie do nich wracało.
Kiedy to zrozumiałem, z otoczenia w którym znajdowały się moje ofiary zniknęli członkowie mojej rodziny, a pojawili się ludzie którzy potrzebowali swoistego naprowadzenia na właściwe tory. A ja im miałem w tym pomóc. Tylko czy oni moją pomoc przyjmą? Za tak wysoką cenę?
Migawka, kolejna faza snu. Tym razem jestem czymś w rodzaju policjanta. Zostałem wyznaczony do grupy mnie podobnych, której celem jest pacyfikacja grupy ludzi, która ponoć zakłóca porządek i szkodzi szeroko pojętemu dobry ogólnemu. Zostałem wyposażony w jakiś pistolet, półautomat z pociskami zapalającymi i dziwne coś... Ni to karabin, ni to strzelba... w każdym razie miało bębenek na amunicję jak w rewolwerze, na 10 naboi dużego kalibru. Niepokojąco dużego kalibru. Amunicja grzybkująca rozwiała wszelkie moje wątpliwości. Padł rozkaz otwarcia ognia. Wydawał się głupi, nieuzasadniony i okrutny. Ci ludzie tylko stali i rozmawiali ze sobą.
Zanim padł huk wystrzałów zdążyłem tylko krzyknąć w próbie ostrzeżenia tych ludzi.
Korzystając z zamieszania szybko odłączyłem się od mojej grupy, zyskując zapewne szczytne miano dezertera, ale nie dbałem o to. Pomóc jak największej liczbie ludzi, tylko o tym myślałem...
Udało mi się uratować grupkę pięciu osób. Z około dwutysięcznej grupy.
Stojąc na przeciw plutonu egzekucyjnego usłyszałem pytanie: "Ostatnie słowo?"
Uśmiechnąłem się, złożyłem palce prawej dłoni w kształt pistoletu, wycelowałem przed siebie i powiedziałem "Ba-bach".

2 komentarze:

  1. Prorocze sny, bedziesz ratował ludzkie dusze i serca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałbym w to wierzyć, ale wrodzony sceptycyzm podpowiada mi, że jest w tym jakiś haczyk. W obu, jak to zostało nazwane "proroczych snach" nie skończyłem najlepiej...

      Usuń