Piąty miesiąc bez ani kropli alkoholu, niezliczone sytuacje kiedy kusiło jak cholera żeby napić się choć jednego piwa, zaskakujące zwroty akcji kiedy to znajomi z którymi upadlałem się do niemożliwego do zdefiniowania stanu okazywali mi swoje wsparcie i zrozumienie...
Jest ciężko. To znaczy, byłoby, gdyby nie wspomniane wsparcie.
Wspominałem ostatnio jaka jest różnica pomiędzy terapią grupową a indywidualną. W skrócie, indywidualna mnie podnosi na duchu, grupowa mnie rujnuje. Dlaczego? Już tłumaczę. Po prawie pięciu miesiącach chodzenia tam (nieraz z poczuciem zmarnowanego czasu) mam sporo spostrzeżeń i odczuć, które to nie dają mi spokoju.
Mówią mi, żebym wyszedł do ludzi, bo kontakt z innymi jest niezwykle istotny w procesie trzeźwienia. Kiedy na pogadankach wspominam, że odwiedziłem znajomych na akademikach, dostaję opierdziel, bo to ludzie z którymi piłem. No cóż, to praktycznie moi jedyni znajomi. W takim razie poznawaj nowych ludzi - padają słowa. Wziąłem to do siebie i pojechałem na koncert właśnie w tym celu. Znowu ochrzan. Bo przecież na takich imprezach jest alkohol, mało tego, na pewno też narkotyki.
Pada pytanie, kiedy czuje się najbardziej szczęśliwy. Odpowiadam szczerze, lecz nie bez chwili zastanowienia - na Woodstocku. Uuuu, to nie dobrze, toż to wylęgarnia alkoholików i narkomanów. Nie pomaga tłumaczenie, że ja tam jeżdżę na koncerty i dla ogólnej atmosfery. Nie mówiąc już o tej bezpodstawnej opinii opartej na stereotypach rozprzestrzenianych przez mohery i innych przeciwników tego pięknego festiwalu.
Dostałem karteczkę ze wskazówkami dla takich jak ja. Jest tam masa absurdalnych według mnie zakazów. Jeśli miałbym się do nich stosować straciłbym resztki znajomych, zainteresowania, nie mógłbym słuchać muzyki ani nawet wejść do sklepu. Niektóre leki zawierają alkohol: krople żołądkowe, niektóre syropy na kaszel... Nie, nie wolno, jeszcze wpadnę w cug.
Nie wolno przebywać mi w miejscach, gdzie można kupić alkohol, więc odpadają praktycznie wszystkie sklepy spożywcze. Mam unikać miejsc gdzie jest alkohol, więc zero koncertów, dyskotek (fakt, na dyskotekach raczej nigdy nie byłem stałym bywalcem). Ludzie z którymi kiedyś piłem też nie są dla mnie najlepszym towarzystwem. Wybaczcie przyjaciele, nie chciałem żebyście się o tym dowiedzieli w ten sposób, ale tak musi być, to koniec znajomości... Słucham takiego a nie innego rodzaju muzyki, wspominanie w tekstach o używkach jest nagminne. Nie wolno mi słuchać takiej muzyki, to wyzwalacz uzależnienia. Nawet durnych dowcipów nie wolno opowiadać. O bezalkoholowym piwie nie wspomnę. Dostałem za to taki opierd*l, że echo tamtych słów do tej pory odbija mi się po czaszce.
Mało tego, kiedy mówię, że pomimo pokus ani razu nie piłem alkoholu, terapeuci nie do końca mi wierzą, widać to po ich twarzach, jedna terapeutka szczerze i otwarcie wyraziła swoje zaskoczenie.
Nie tylko terapeuci, współtowarzysze niedoli również. A domyślnie mieli wspierać.
Do tego te przerażające historie innych uczestników, prawdziwy koszmar. Jestem za słaby psychicznie na takie ciosy, ostatnim razem podczas jednej z opowieści mój humor bujał się pomiędzy skrajnym wk***em a depresyjnym smutkiem niebezpiecznie bliskim nieodpartej chęci popełnienia samobójstwa, niczym wskazówka metronomu. Cały się trząsłem, głos mi się łamał przy najmniejszej próbie wydobycia z siebie dźwięku, jednak terapeutka usilnie chciała poznać moją opinię na temat usłyszanej opowieści. Resztkami sił powstrzymałem się od krzyknięcia przez łzy, żeby się odpier***iła.
Miałem jakiś czas temu napisać pracę na temat tego co straciłem przez alkohol. Terapeuta doszedł do wniosku, że jeśli to co napisałem jest szczere i prawdziwe, to wychodzi na to, że to odkąd zacząłem terapię to zacząłem tracić. Tu muszę zaznaczyć, że tego jednego terapeutę naprawdę bardzo lubię i cenię. Dzięki niemu dowiedziałem się wielu ciekawych i przydatnych rzeczy. Na drugim biegunie jest pani terapeutka której widok wyzwala u mnie najgorsze cechy. Kiedy jest ona zwyczajnie się nie odzywam przez całe dwie godziny. Pewnego dnia powiedziała mi, że szczerość na terapii jest najważniejsza, więc poczęstowałem wtedy ją małym okruszkiem mojej opinii na jej temat. Ulżyło mi jak cholera.
Kiedy wraca temat poznawania nowych ludzi, okazuje się, że jedyni ludzie z jakimi mogę spędzać czas wolny, to weterani spotykający się na mitingach AA. Innej możliwości praktycznie nie ma, a przynajmniej zdaniem większość terapeutów.
Teraz trochę mniej gorzko. Chciałbym najmocniej jak potrafię podziękować tym wszystkim ludziom mówiącym mi, że są ze mnie dumni, że cieszą się z mojej decyzji i że będą mnie wspierać. Jedna znajoma, kiedy się jej z głupkowatym uśmieszkiem zapytałem co by zrobiła, jakbym napił się normalnego piwa, odpowiedziała, że było by jej smutno i poczułaby się zawiedziona. Uśmiech momentalnie mi zrzedł. Łał, to było mocne uderzenie, ale dodało sił. Może nie uderzenie, a bardziej wychowawcze pacnięcie w potylicę.
Jestem naprawdę szczęśliwy, że mam takich ludzi wokół siebie. A poznałem ich przytłaczającą liczbę na imprezach na których oczywiście był alkohol. Paradoks? Możliwe. Dla niektórych to wręcz niepojęte. Ale dopóki mam takich znajomych, mam to gdzieś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz