- Ty, ale było chlańsko, nie?
- Nooo...
- Pamiętam tylko jak poszłem po wóde i zacząłem pić, a później to odleciałem.
- Nooo...
- A jak wróce do domu, to se zrobie na obiad kiełbase i pujde spać i mnie nie obudzicie.
- Nooo...
Takiego dialogu, o pasjonującym przebiegu, wartkiej akcji i pełnego przejawu oczytania rozmówców byłem dziś światkiem. Byli mniej więcej w moim wieku, wyglądali jak typowi kloszardzi spod pobliskiego monopolowego, jednak z dalszego przebiegu rozmowy dowiedziałem się, że jednak mają pracę (w czym oni są ode mnie lepsi, że ja tej pracy nie mam?).
Dlaczego głupota jest nam potrzebna? Albo inaczej, nie głupota. Głupi ludzie w naszym otoczeniu. Ja myślę i śmiem sądzić, że duża część ludzi się ze mną zgodzi, że głupota innych dowartościowuje nas samych. Widząc czasem takiego przygłupa myślimy nieraz: "O Boże, jakie to szczęście, że na tym świecie jest ktoś jeszcze głupszy ode mnie!".
Nieraz również my, często nieświadomie, jesteśmy w oczach innych takimi przygłupami. Ale jak to możliwe? To proste. Będąc w towarzystwie swoich najlepszych kompanów, w gronie przyjaciół, popuszczamy swoje intelektualne hamulce, skupiamy się na bieżącej chwili i maksymalizowaniu korzyści wynikających z przebywania z wyżej wymienionymi. Wtedy to właśnie robimy głupie rzeczy, mówimy głupoty i siejemy ogólne spustoszenie wśród "mądrzejszych".
Nieraz, nie dwa, sam bylem w takiej sytuacji. Czy coś się zmieniło od tamtego czasu w moim postępowaniu? Zupełnie nic.
Kolejna sprawa. Zastanawiałem się dziś, jak to jest z fenomenem popularnych filmików na portalu YouTube. Jest wiele scen nagrywanych przez różnych ludzi, dokumentujących... właściwie to nic nie dokumentujących. Wielce intryguje mnie, co tak naprawdę decyduje o ich popularności (oprócz oczywistego efektu fali). Głupota filmików, ich twórców, czy może odbiorców? A może wszystko po trochu? A może nie, może to zupełnie co innego, coś niespodziewanego, przełomowego? Zostawię to bez odpowiedzi, niech każdy, wedle upodobania sam się z tym pomęczy (pewnie zaraz mi zostanie zarzucone niedbalstwo lub lenistwo, ale nie dbam o to).
Podsumowując, ciągle będę utrzymywał, że głupota jest nam niezbędna do poprawnego funkcjonowania. Nas, naszej świadomości, naszego ego.
Zatem wszyscy razem: viva stultitiae!
Wstyd mi się przyznać, choć może nie powinno tak być, że czytając twój wpis myślałam tylko o tym, że masz rację. Jestem na etapie średniego akceptowania samej siebie, ale przynajmniej zawsze pocieszałam się tym, że są na tym świecie (wybacz) tępe dzidy, które nigdy mnie nie przeskoczą. To, że inni są głupi, zdecydowanie nas dowartościowuje. Co nie zmienia faktu, że wolałabym nie być świadkiem takiej rozmowy (i wielu innych!), bo zawsze czuję się wtedy zatrwożona i martwię się o przyszłość ludzkości. Pewnie znowuż niepotrzebnie.
OdpowiedzUsuńPo pierwsze: co masz na myśli pisząc: "jestem na etapie średniego akceptowania samej siebie"? To stwierdzenie przypomina mi pewną moją znajomą, która była przekonana, że jest odpowiedzialna za całe zło na świecie (czy tego chce czy nie).
UsuńPo drugie: Kiedy piszesz o tępych dzidach (nie ma za co przepraszać, ten zwrot doskonale tu pasuje) mam wrażenie, że patrzysz na tych ludzi z góry. Ja starałem się tego uniknąć, w końcu nie każdy rodzi się geniuszem.
Dalej, co do bycia świadkiem "rozmów". Myślę że jest to raczej nieuniknione jeśli podróżuje się publicznymi środkami transportu. I nie ma się o co martwić, ludzkość sobie jakoś zawsze poradzi, a Ty martwiąc się tylko szargasz sobie nerwy. Nie warto.
Nie, nie całe zło. Po prostu są cechy, których u siebie nie akceptuję i chciałabym je odrzucić. Jednak z racji, iż wiem, że nie jest możliwe całkowite odrzucenie części siebie, piszę o średniej akceptacji.
UsuńUżyłam tego zwrotu tylko dlatego, że mi pasował. Nie chciałam sprawiać wrażenia, że patrzę z góry. Patrzenie z góry na ludzi jest dla mnie bardziej obrzydliwe, niż głupota. Dlatego napisałam "pocieszałam" - chodzi o czas przeszły. Kiedy miałam jakiś moment absurdalnie dogłębnego zwątpienia w siebie zdarzało mi się posługiwać mechanizmem myślenia, który został opisany.
Pewnie masz rację, z tym niepotrzebnym szarganiem sobie nerwów. Choć to raczej przenośnia, z tą przyszłością, to niektóre rozmowy mogą zatrwożyć. A może po prostu jestem dziwna.
Co do samoakceptacji, kiedyś już coś o tym pisałem, tylko nie pamiętam tytułu posta. Ja już nie mam z tym problemu. Wręcz jestem z siebie jako tworu przeszłości w pewnym sensie dumny. Wszystkie te cechy, nawyki... Owszem, czasem mam ochotę coś w sobie zmienić, ale szybko mi przechodzi.
UsuńA to, że jesteś dziwna... Kto nie jest dziwny? Dziwny jest ten, kto uważa, że w 100% jest normalny. A jeśli miałaś odwagę przyznać się sama przed sobą do swojej "ułomności" to należą Ci się brawa i owacje na stojąco.