Czuję się tak, jak by ktoś mnie obudził w środku nocy tylko i wyłącznie po to, aby mnie zdenerwować. Niedoczekanie. Ja jestem niesamowicie spokojny człowiek, dopóki mnie coś/ktoś nie wkurwi.
Pewnie teraz myślicie, że skoro przeżyłem (to nie jest właściwe słowo, bardziej tu pasuje 'przeegzystowałem') prawie dwadzieścia lat mojego życia (wegetacji), to pewnie napiszę coś mądrego, poruszającego serca, zmuszającego do refleksji i napawające nadzieją na lepsze jutro.Tak! Ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Będzie to raczej zlepek moich żałosnych wypocin. Nie mniej, będę z tego cholernie dumny.
A może jednak spróbuje? Może o miłości. Nie, żeby napisać coś na tyle sensownego w tej materii trzeba być szaleńcem albo geniuszem. Czyli temat uważam za zamknięty, bo szaleniec ze względu na swoją ułomność nie jest w stanie nam powiedzieć nic, co będzie miało jakąkolwiek wartość, a nie urodził się jeszcze człowiek na tyle genialny, żeby móc rozwikłać pokręcone zagadki miłości.
Wychodzi na to, że najlepiej wychodzi mi gadanie od rzeczy, lanie wody. Mogę zapowiedzieć, że następnym razem napisze coś, co będzie miało ręce i nogi. Przynajmniej jako tako.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz