Na świecie chyba są tylko trzy rzeczy, których z chęcią słucham: dobrej muzyki, serdecznego głosu kolegów i przyjaciół i kompletnej ciszy. Z tym że kolegów i przyjaciół praktycznie nie mam (a jeśli mam, to ich głos raczej do najserdeczniejszych raczej nie należy), a wszyscy dobrze wiemy, że w dzisiejszych czasach cisza praktycznie nie istnieje. Także wracając lub idąc do szkoły moich skołatanych nerwów nie ukoi błoga cisza, tylko wrzaski rozhisteryzowanych małolat, które są w pełni przekonane że należą do młodzieży, ich kolegów wykłócających się czyja postać w załóżmy Tibii ma wyższy level, głupich samochodów i ich głupich kierowców... W sumie wszystko oprócz ciszy. A więc, w drodze eliminacji wykluczyliśmy dwie możliwości. Pozostała tylko muzyka. Nie, to nie tak miało brzmieć. Pozostała aż muzyka.
Za każdym razem wprawia mnie w dobry nastrój, jeśli nie, to przynajmniej wpływa na jego diametralną zmianę: ile to razy słuchając utworu "Uprising" zespołu Sabaton pociekła mi łezka po policzku, ile razy uśmiechałem się przy melodii "I'm with stupid" Static-X... Przykładów jest znacznie więcej.
Nie uważam się za melomana, ale muzyka jest dużą częścią mnie. Czasem się śmieją sam do siebie, że doskonale zastępuje mi dziewczynę. I nie muszę jej kupować prezentów, pamiętać o rocznicach i takie tam pierdoły.
Za każdym razem kiedy wychodzę z domu, biorę Ją ze sobą. Na zakupy, do szkoły, na spacer. Była nawet ze mną na Monte Casino. Muzyka jest ze mną wszędzie. Nawet teraz , kiedy piszę te słowa, do uszu szepcze mi wokalista zespołu Avangade Sevenfold w utworze "Nightmare" (I'm your fucking NIGHTMARE!).
Słuchając muzyki wchodzę i zamykam się we własnym świecie, patrzą na realną rzeczywistość przez grubą szybę jak na film, w którym gram rolę statysty. Jest mi to jak najbardziej na rękę. Wszystko fajnie i pięknie, po prostu sielankowo, obraz idealny.
Ale pamiętam jak jakiś czas temu nie mogłem znaleźć mojej ukochanej MP3-ki. Szukając jej nawet nie zauważyłem, że już jestem spóźniony. Pełen negatywnych emocji i niecnych planów unicestwienia świata wyszedłem z domu i udałem się na przystanek autobusowy. W autobusie ludzie tłoczyli się jak sardynki w puszce i przypominali z grubsza bezkształtną masę. Trudno to było nazwać ludźmi. Wsiadając do środka spodziewałem się zobaczyć to co zawsze: mnóstwo dzieciaków dojeżdżających do szkoły. Rzeczywistość niestety miała się inaczej: wewnątrz zastałem oddziały specjalne przystosowane do zadań w warunkach niespecjalnych: mohery. Całe zastępy moherów. Siedziały, stały, wisiały. Zrzędziły na służbę zdrowia, rozmawiały o krzyżu i opowiadały sobie sprośne kawały. To było straszne. Moją sytuację dodatkowo pogarszała pozycja w jakiej się znalazłem: byłem przyciśnięty do drzwi autobusu wielką dupą,. Sądząc po konsystencji, zamiast krwi płynął w niej czysty tłuszcz. Kiedy właścicielka owej dupy wychodziła, odepchnęła mnie swym opasłym brzuchem i powiedziała: "Synek, w drzwiach się nie stoi!"
Całą pozostałą drogę wysłuchiwałem durnych dialogów i idiotycznych monologów ćwierć inteligentów. Nie mam pojęcia gdzie oni wszyscy o tej porze jadą, i pewnie nigdy się nie dowiem. Zresztą i tak mam to w dupie.
Cały ten dzień chodziłem nabuzowany, bo nie mogłem posłuchać muzyki i odciąć się, zapomnieć o tym, co dzieję się wokół mnie. Drzwi do mojego świata były zamknięte od środka.
To zdarzenie uświadomiło mnie, że jestem praktycznie uzależniony od muzyki. Tak, oczywiście że wcześniej ludzie z mojego otoczenia mi to mówili, ale im nie wierzyłem. Tylko nie spodziewałem się, że przekonanie się o tym na własnej skórze będzie takim szokiem.
Ale nie mam zamiaru iść na odwyk (jeśli taki w ogóle istnieje) ani do psychologa. Dobrze mi z moim uzależnieniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz