A gdyby tak któregoś dnia wyjść z domu i już nigdy nie wrócić? Przecież tyle się czasem słyszy o ludziach, którzy za przysłowiowy uśmiech i z dychą w kieszeni, jak gdyby nigdy nic, wyszli z domu i zwiedzili kawał świata.
Tak naprawdę w głębi siebie zawsze chciałem to zrobić. Żyć w wielkiej podróży, bez konkretnego celu. Przecież nic mnie tu praktycznie nie trzyma.
Mógłbym wtedy oddać się temu co tak naprawdę kocham najbardziej: podziwianiu piękna świata, pełen chęci jego poznania zagłębiałbym się coraz głębiej i głębiej we własny umysł. Bo przecież nic tak nie odzwierciedla piękna i złożoności działania naszej egzystencji niż nasza własna podświadomość. Mógłbym się w spokoju oddać rozmyślaniom. Byłbym wielkim podróżnikiem. Czy, jak kto woli, bezdomnym. Ale ja zawsze znajdę dom. Tak myślę.
To smutne, ale większość moich życiowych celów prawdopodobnie dalej pozostanie pobożnymi życzeniami: Dom (to nie literówka, celowo napisałem z dużej litery), rodzina, dalsza edukacja...
Spójrzmy prawdzie w oczy. Jak na razie jestem nieudacznikiem. Jedyne co mi się w życiu udaje, to przeżywanie z dnia na dzień. Nic nie zawdzięczam mojej pracy. Zawsze wszyscy robili wszystko za mnie. To takie żałosne.
Muszę kończyć, stałem się zbyt wylewny i skory do prowadzenia moich durnych monologów.
Ciekawy jestem tylko, co na to powie moja znajoma, o której była nie tak dawno mowa... Pewnie nie da mi żyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz