wtorek, 12 marca 2013

Sen

Jest pierwsza w nocy. Siedzę na łóżku, jest mi trochę zimno. Czy to może dreszcze? W każdym razie czuję się nieprzyjemnie, nieswojo.

***

Spotkałem się ze znajomą w małej wsi z której pochodzą moi rodzice. Stwierdziła, że może mnie odwiedzić. Czemu nie, pomyślałem, zapraszam. Ni z gruchy, ni z pietruchy pojawił się przy niej jej ówczesny chłopak, mój kumpel, u którego drażni mnie jego przedmiotowe podejście do ludzi i śladowy, ale jednak, egocentryzm.
Znaleźliśmy się w lesie, dziwnie mi znajomym. W ogólnie pojętej atmosferze radości szliśmy przez znany mi z lat szczenięcych las, w którym nie raz i nie dwa celowo się gubiłem żeby odkryć jego tajemnice. Znałem w nim każde drzewo, każdy krzaczek. Mimo że oni nie byli w nim ani razu, sprawiali wrażenie jakby się orientowali tam równie dobrze co ja.
W pewnym momencie przybłąkały się do nas dwa, spore bezpańskie psy. Nie wyglądały groźnie, mimo to miałem przeczucie, że te kły bez problemu przegryzły by mnie na pół. Znajoma stwierdziła że są słodkie i nie słuchając sprzeciwów moich i jej chłopaka uczepiła je do smyczy i prowadziła przed sobą.
Po pewnym czasie, gdy minęliśmy stare kąpielisko w środku lasu, w miejscu w którym powinna się zaczynać cywilizacja las zaczął gęstnieć i przypominać z grubsza puszczę. Co nie stanęło na drodze ludziom stojącym koło dużego pociągu. Jak gdyby nigdy nic, konserwowali sobie właśnie tory (!). Pociąg stał na szczycie wysokiej i stromej skarpy, nasza trójka z merdającymi ogonami towarzyszami szła dołem. Po pewnej chwili, wokół nas zaczęły się zbiegać coraz to nowe psy, wszystkie były mniej więcej podobnych wymiarów do naszych (jej) dotychczasowych ulubieńców. Psów, czy raczej wilków, było od cholery, koleżance powoli brakowało smyczy żeby je wszystkie sobie pouczepiać. "Bo one są takie słodkie", mówiła uwijając się jak fryga. Ja z kumplem patrzyliśmy na nią z politowaniem. Widać się zdenerwowała, bo nie wiem jak ale zabraliśmy się do pomocy. Ja na kieszonkowym GPSie (!) szukałem nadbiegających psów i mówiłem z której strony będą nadbiegać a chłopak pomagał jej uczepiać nieszczęsne psy.
Nawet się nie zorientowałem, kiedy straciłem z oczu moich znajomych. Ciągle ich słyszałem, ale nie widziałem. Czułem że są blisko, wręcz bezczelnie blisko, na wyciągnięcie ręki.
Po chwili usłyszałem warczenie, krzyk, wybiegła koleżanka z pogryzioną ręką. "Dobrze jej tak, piesków się cholerze zachciało...", pomyślałem. Reszta wydarzeń działa się tak szybko, że nie wszystkie zdążyłem zarejestrować. Na ekraniku kieszonkowego urządzenia, które był dany mi zaszczyt dzierżyć w dłoni, pojawiło się coś dużego. Coś kurewsko dużego. Pędziło w stronę moich znajomych. Po chwili zobaczyłem, co to było. Wyglądało z grubsza jak byk, było wielkie, nie miało rogów, było białe z nielicznymi czarnymi plamami. Przemieszczało się przeważnie na tylnych łapach z ogromnymi kopytami, przednie opatrzone w sporych rozmiarów szablaste szpony służyły do przedzierania się przez busz i podbierania się. Koleżanka wrzasnęła żebym uciekał, sama zniknęła mi z oczu, pewnie pobiegła po chłopaka. Przez chwilę stałem nie wiedząc co robić, zrobiłem krok w ich kierunku żeby im pomóc, ale jak usłyszałem jego krzyk i dzwiek łamanych kości wpadłem w panikę i zacząłem uciekać. Wdrapywałem się na wspomnianą skarpę, co się okazało trudniejsze niż przewidywałem. Grunt osuwał się pod nogami, desperacko wdrapywałem się wszczepiając palcami i łamiąc paznokcie, przebierałem nogami jak szalony. Kiedy krzyki i inne nieprzyjemne dzięki ustały chciałem się obejrzeć za siebie. Kątem oka obejrzałem się za siebie. Widziałem to monstrum, całe umazane krwią moich przyjaciół. Patrzyło na mnie swoimi małymi oczkami. Może to trochę dziwne, ale miałem niepokojące wrażenie, że jak mnie zabije, to nic się nie stanie, ja ożyję i cała nasza trójka wróci na wieś i wypije po piwie. Jednak perspektywa umierania w męczarniach nie wydawała się specjalnie kusząca. Gdzieś za potworem słyszałem szept koleżanki, coś jak by błaganie o pomoc. Jednak kiedy to bydle zaczęło się za mną z przerażającą zręcznością i szybkością wdrapywać na strome zbocze, nie czekałem chwili, tylko uciekłem do pociągu zostawiając ją na pastwę losu. Dlaczego tylko ją? Bo wiedziałem, że on już dawno nie żył.
Obudziłem się.

***

Zawsze byłem święcie przekonany, że jak przyjaciele będą w potrzebie to ich nie zostawię. A tu, proszę. Jeden senny koszmar, wystarczył jeden, żeby podważyć moje dotychczasowe przekonania. I to na tyle, że jestem skłonny uwierzyć, że moja podświadomość się nie myli. Użyła bardzo prostego i niepodważalnego argumentu: zwierzęcego instynktu przetrwania.
Przepraszam. 

2 komentarze:

  1. Niby to wszystko tylko sny, ale ja miewam takie chwile, gdy nad jakimś się głębiej zastanawiam. Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja.

    Co do snu samego w sobie- z instynktem, potrzebą przetrwania, chyba nie da się tak łatwo wygrać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A więc, solidaryzujemy się.
      Byłem załamany tym, że nic nie czułem, ani żalu, ani smutku, goryczy... nic. Jak puste pudełko po zapałkach.

      Usuń